Lubię różnego rodzaju wywiady-rzeki, biografie, wspomnienia, rozmowy. Ale jest ich w tej chwili tak wiele, że trudno znaleźć osobę publiczną, która by takiej książki nie popełniła. Bez problemu można by cały rok czytać tylko tego rodzaju literaturę i ciągle mieć wybór. Nawet ograniczając się tylko do Polski. Dlatego staram się wybierać ostrożnie, ale obok niektórych tytułów nie mogę przejść obojętnie.
"Ja, Fronczewski" to jedna z takich książek, na które może się nie rzucam, ale czytam ze szczerym zainteresowaniem. Bardzo cenię Piotra Fronczewskiego jako aktora i (a może nawet bardziej) za ten głos! Czytając cały czas w mojej głowie go słyszałam, prawie jak audiobook ;)
Okazało się, że Piotr Fronczewski to nie tylko aktor fantastyczny, ale również wyjątkowo skromny. Bardzo niechętnie opowiada o sobie, wiele epizodów ze swojego życia bagatelizuje i cały czas stara się zwrócić rozmowę na inne tory. Z widoczną przyjemnością opowiada o swojej motoryzacyjnej pasji i wydaje mi się, że gdyby tylko Marcin Mastalerz na to pozwolił, cała książka byłaby o motocyklach. W opowieściach o początkach jego kariery (choć sam nie używa tego słowa w stosunku do siebie) dużo częściej pojawiają się Jan Himilsbach i Gustaw Holoubek niż sam Fronczewski. Wiele szczegółowych pytań i dociekań zbywa stwierdzeniem, że to było 50 lat temu, on nie pamięta, nie wie, może faktycznie tak było, a może nie, kto by to pamiętał.
Jest w tym niesamowity urok. Książka dzięki przywoływanym anegdotom jest ciekawa, a sam Fronczewski staje się tym bardziej interesujący im mniej o sobie mówi. W rozmowie wyczuwa się wielki szacunek do teatru, choć sam bohater otwarcie mówi, że aktorstwo to nie żadne powołanie czy misja, ale praca, do której codziennie rano trzeba iść ze swoją teczką. Ogromnie żałuję teraz, że od Warszawy dzieli mnie sporo kilometrów i nie mogę wybrać się do teatru na "Ja, Feuerbach" lub inną sztukę z jego udziałem..
Nie jest to jakaś wyjątkowo odkrywcza książka. Nie dowiadujemy się wiele nowego, nie jesteśmy zaskakiwani na każdej stronie, ale... mimo wszystko czyta się to z przyjemnością. Piotr Fronczewski swoim podejściem wzbudził moją wielką sympatię, pomimo, że chyba faktycznie wcale nie chciał pisać tej książki. Dobrze, że jednak dał się przekonać - to przykład literatury, bez której literatura być może by się świetnie obyła, ale jednocześnie sprawia przyjemność i w jakiś sposób wzbogaca czytelnika. Więc czemu by nie?