Po rozczarowaniu filmem "Mój biegun" poszłam do kina na coś całkiem innego. Jako miłośniczka kina Juliusza Machulskiego i Roberta Więckiewicza samego w sobie, nie mogłam odpuścić seansu "AmbaSSady". Dodatkowo zachęcił mnie fakt, że recenzje były niezbyt pochlebne, a ja zazwyczaj mam zdanie odwrotne do tych prezentowanych w recenzjach. Zwłaszcza jeśli autor recenzji przyznaje, że nie podobał mu się film "Ile waży koń trojański?", który ja jak najbardziej polubiłam.
Główni bohaterowie "AmbaSSady" to Melania i Przemek (Magdalena Grąziowska i Bartosz Porczyk), którzy wprowadzają się na jakiś czas do mieszkania stryja. Okazuje się, że dokładnie w tym miejscu przed wojną stał budynek niemieckiej ambasady. Ambasadę zbombardowano przypadkiem podczas nalotu na Warszawę, jej duch jednak przetrwał do czasów współczesnych i uwidacznia się w równoległej wojennej rzeczywistości na trzecim piętrze, do której dostać można się windą. Cóż innego można zrobić odkrywając, że piętro niżej rozgrywają się kluczowe dla biegu historii sceny? Oczywiście powstrzymać wybuch II wojny światowej.
Podobało mi się. Uśmiałam się wielokrotnie. Należę do osób, które uważają, że śmiać trzeba się ze wszystkiego, więc z kina wyszłam zachwycona świetną rozrywką. To fantastyczna alternatywna historia i satyra na Hitlera (w tej właśnie roli Robert Więckiewicz). Pozytywnie zaskoczył mnie Adam "Nergal" Darski jako Joachim von Ribbentrop - ciekawa jestem ile dubli trzeba robić, żeby ostatecznie przez cały film zachować tak kamienną twarz. Najwięcej zarzutów pojawia się chyba w stosunku do młodych aktorów: Magdaleny Grąziowskiej i Bartosza Porczyka. Że sztuczni, nienaturalni, emfatyczni... Rzeczywiście na początku filmu też odniosłam takie wrażenie i trochę mnie to raziło, ale z czasem jakby się rozkręcili (albo ja przywykłam?) i bardzo mi się spodobali. Szczególnie Magdalena Grąziowska w roli Meli przypadła mi do gustu.
Gdybym miała wytykać wady "AmbaSSady" to z pewnością wskazałabym na sztuczność efektów specjalnych. Praktycznie wszystko co jest domalowane komputerowo rzuca się w oczy. Na samym końcu sztuczność otoczenia aż bije po oczach. Czy to wpływa na mój odbiór filmu? Odrobinę. Oczywiście wolałabym, żeby był idealnie dopracowany, ale tak naprawdę głównym atutem kina Machulskiego jest pomysł i humor.
Jeżeli ktoś lubi komedie i satyry, podobał mu się "Ile waży koń trojański?" (bo tam też występował motyw podróży w czasie i próby manipulacji historią) to polecam, powinien wyjść zadowolony. Jeżeli jesteście miłośnikami Filmu i Kina przez duże F i K, to jest ryzyko, że się rozczarujecie.