Dość spontanicznie wybraliśmy się w sobotę na ostatnią wycieczkę w tym roku. Bo co prawda wpadłam na ten pomysł tydzień temu, ale decyzja ostateczna zapadła w piątek. A właściwie to w sobotę rano, po wyjrzeniu przez okno.
Z Katowic do Krakowa dostać się jest banalnie łatwo - od wczesnego rana do wieczora, co pół godziny z centrum kursują autobusy, stosunkowo tanie w dodatku. Tym sposobem, nie wstając zbyt wcześnie, przed 12:00 byliśmy już w Krakowie. Nie mieliśmy planu, ot spędzić miło dzień. Skierowaliśmy się na Wawel, który miałam nadzieję zwiedzić trochę dokładniej - zawsze będąc w Krakowie jestem na dziedzińcu, ale już bardzo dawno nie wchodziłam do środka. Niestety plany pokrzyżowało nam listopadowe darmowe zwiedzanie. Pula biletów przewidziana na ten dzień rozeszła się mniej więcej w momencie, kiedy wychodziliśmy z domu... Musieliśmy się zadowolić Katedrą, dzwonem Zygmunta i królewskimi grobowcami, gdzie wstęp był płatny normalnie i ludzie nie garnęli się aż tak bardzo do zwiedzania. Odwiedziliśmy też oczywiście Smoka, popatrzeliśmy na Wisłę i pokluczyliśmy trochę po okalających Rynek uliczkach. Na Brackiej znów padał deszcz (tylko troszeczkę, ale jednak!). Zjedliśmy pyszny obiad w Pierogowym Raju na Sławkowskiej (polecam! miejsce specyficzne, bo można się nabawić klaustrofobii, ale pierogi mają naprawdę smaczne!), przespacerowaliśmy się przez Sukiennice. Trafiliśmy do Galerii Autorskiej Andrzeja Mleczki, gdzie najchętniej wykupiłabym połowę sklepu, bo podobał mi się co drugi rysunek, w tle grała świetna muzyka, a pracująca tam Pani była wyjątkowo miła. Ostatecznie poprzestałam na jednej kartce i fartuszku - od dawna szukałam idealnego fartuszka do kuchni i teraz w końcu mam! Coś czuję, że to będzie mój nowy punkt obowiązkowy przy wizytach w Krakowie. Na krakowskim rynku trwa budowa jarmarku bożonarodzeniowego. jest tłoczno, nie wszędzie da się przejść, panowie hałasują różnymi narzędziami... ale to wszystko nieważne, bo przechodząc czuć w powietrzu zapach świeżych choinek, który uwielbiam. Niezbyt późnym wieczorem wróciliśmy do domu, zadowoleni, ale zmęczeni. Takie miłe zwieńczenie podróżniczego roku.
Lubię Kraków. Nie chciałabym tam mieszkać, bo mógłby mi spowszednieć. A tak wracam co jakiś czas, odwiedzam miejsca znane i te, których jeszcze nie odkryłam. Kraków ma dla mnie jakąś szczególną magię. Jest jak rzadko odwiedzani krewni, których się lubi. Spędza się z nimi dzień lub dwa i jest fantastycznie, ale na dłuższą metę pewnie byśmy się w końcu pokłócili i przestałoby być miło.
A teraz pora wrócić na ziemię i zabrać się do roboty. Jak zwykle wszystko zostało mi do zrobienia na ostatnią chwilę. Jak zwykle wezmę się w garść i zdążę, bo najlepiej pracuje mi się pod presją czasu i z grafikiem wypełnionym po brzegi. Będzie dobrze!